©Grzegorz Motyka, Tak było w Bieszczadach. Walki polsko - ukraińskie 1943 - 1948, Warszawa 1999. Tekst opublikowany za zgodą autora

Opracowanie: ©Paweł Rydzewski / www.roztocze.horyniec.net

Poniższy tekst jest kompilacją fragmentów książki Grzegorza Motyki, sporządzoną - za zgodą Autora - na użytek strony internetowej Roztocza Południowego. Tekst zawiera liczne skróty i pozbawiony jest przypisów odnoszących do źródeł. Z oryginalnej publikacji wybrano te fragmenty, które bezpośrednio odnoszą się do Roztocza Południowego i ziemi lubaczowskiej.


Wstęp

Historia konfliktu polsko-ukraińskiego z lat 1943-1948 po dziś dzień budzi żywe emocje. Każde o nim przypomnienie natychmiast wywołuje długie i burzliwe dyskusje. Spór często dotyczy nie tylko oceny wydarzeń, lecz także podstawowych faktów. Nierzadko dyskusja pełna jest nic nie znaczących ogólników, a jej uczestnicy, niezależnie od narodowości, próbują nie tyle dojść do historycznej prawdy, co raczej udowodnić prawdziwość głoszonych przez siebie poglądów, przeważnie polegających na podkreślaniu cierpień własnego narodu i jego obronie przed "niesprawiedliwymi" zarzutami. Stan ten jest w dużej mierze efektem zapóźnienia badań historycznych w tej dziedzinie. Choć do interesujących nas wydarzeń w mniejszym lub większym stopniu odnosi się wiele różnych publikacji, to mają one przeważnie przyczynkarski charakter, skupiając się jedynie np. na dziejach poszczególnych jednostek czy formacji.

Niniejsza praca ma w zamyśle przyczynić się, choćby w skromny sposób, do wypełnienia tej luki. Jej celem jest pokazanie ogólnego przebiegu walk polsko-ukraińskich w latach 1943-1948 na ziemiach dzisiejszej Polski. Zamiarem autora było przedstawienie przebiegu starć zbrojnych, siły, taktyki i celów stron konfliktu oraz ustalenie, choćby w przybliżeniu, poniesionych strat. Staram się zatem, w miarę możliwości jak najdokładniej, odtworzyć podstawowe fakty po to, aby uzyskać pełny obraz konfliktu i dzięki temu móc porównać go z dotychczasowymi twierdzeniami historyków, zarówno polskich, jak i ukraińskich.

Walki polsko – ukraińskie I 1943 – VII 1944

W powiecie lubaczowskim, inaczej niż w Jarosławskiem, możemy w tym czasie mówić przede wszystkim o akcjach antypolskich. Z działalnością UPA na terenach powiatów Jarosław i Lubaczów ściśle wiąże się nazwisko Iwana Szpontaka ps. "Zalizniak". Na początku 1944 r. był on zastępcą komendanta policji ukraińskiej w powiecie Rawa Ruska. Na przełomie lutego/marca 1944 r. wyprowadził 30-osobową grupę policjantów do lasu i postanowił wstąpić do UPA. Rejonowy prowidnyk OUN nakazał mu przejść w kierunku na Gorajec w pow. Lubaczów i tam rozpocząć formowanie sotni UPA. Jej trzonem stało się 20 policjantów (dziesięciu odeszło do domów), którzy razem z nim zdezerterowali od Niemców. Już na początku kwietnia "Zalizniak" miał do swojej dyspozycji sotnię złożoną z trzech czot: "Szuma", "Bałaja" i "Kruka". W czasie kwaterowania w Gorajcu sotnia "Zalizniaka" zamordowała kilkunastu Polaków, częściowo w celu ukrycia swej obecności.'

Dowództwo UPA podjęło decyzję rozpoczęcia antypolskiej akcji w powiecie Lubaczów. Postanowiono m.in. zmusić do ucieczki Polaków zamieszkujących dookoła Lubaczowa. Być może miano nawet zamiar zdobycia tego miasta. Niezależnie od szczegółów ukraińskiego planu, pewne jest, iż do pierwszego zbiorowego mordu na Polakach doszło w marcu w Krowicy, położonej 10 km na południowy wschód od Lubaczowa. Zginęło siedem osób, które uroczyście pochowano w Lubaczowie. Właściwa czystka etniczna rozpoczęła się w nocy 31 marca/1 kwietnia, kiedy to nieznane oddziały UPA lub SB (być może był to kureń "Siromancy" dowodzony przez "Jastruba") urządziły tzw. "krwawy april", zabijając w Żmijowiskach jedenaście osób, w Wólce Żrnijowskiej sześć, w Lipowcu dwie i w Lipowczyku także dwie osoby polskiej narodowości.

19 kwietnia do akcji ruszyła sotnia "Zalizniaka", paląc Rudkę i Brusno. W Rudce upowcy zamordowali 58 osób. W Bruśnie zdaniem J. Węgierskiego zginęło następnych 57 osób. Ponieważ tej informacji nie potwierdza Henryk Komański, skrzętnie notujący wszelkie przewinienia UPA w tym regionie, należy uznać, iż liczba ofiar była dużo niższa, najpewniej było to kilkoro mieszkańców.

W nocy 24/25 (lub 26/27) kwietnia Ukraińcy rozrzucili w Lubaczowie i okolicy ulotki, domagając się opuszczenia przez Polaków tych okolic. Według J. Węgierskiego ich treść była następująca: "Do Polaków. Do dnia 28.4.1944 roku do godziny 24-tej rozkazujemy wam opuścić ukraińską etnograficzną ziemię. Kto nie podporządkuje się zarządzeniu w oznaczonym terminie, będzie ukarany śmiercią. (-) Terenowy prowidnyk OUN (-) Komendant UPA «Zakin»". 11 maja ulotki pojawiły się też w Lubaczowie. Ich treść była jednak inna: "Żydzi do ziemi, Polacy do ziemi, Niemcy do Berlina po Rzeszów Ukraina". Trudno powiedzieć, czy rozrzucili je członkowie UPA, czy np. jakaś grupa młodzieży. Jakkolwiek by było, rozrzucenie ulotek w mieście, gdzie Ukraińcy byli stroną słabszą, należy uznać nie tylko za zachętę do mordu, ale także za skrajną głupotę.

Tymczasem 25 kwietnia UPA w Wólce Krowickiej zamordowała kolejnych 11 osób. W tym samym miesiącu sotnia "Zalizniaka" zabiła w Chotylubiu pięciu Polaków, a w Kowalówce, w dwóch napadach dokonanych 30 kwietnia i 7 maja, dalszych kilkanaście lub 27 osób. Na przełomie kwietnia/maja dokonano także całego szeregu mordów w okolicznych wsiach. W Ryszkowej Woli zginęło 6 osób, w Dziewięcierzu 5, w Radrużu 17, w Łówczy 6, w Jędrzejówce 5, w Lipisku ok. 20, a 18 sierpnia w Nowinach Horynieckich 13. W tej sytuacji ludność polska zaczęła opuszczać nie tylko wsie koło Lubaczowa, ale też samo miasto. Jedynie mieszkańcy Wielkich Oczu postanowili się bronić, wykorzystując do tego murowany kościół.

W nocy z 28/29 kwietnia ukraińscy partyzanci podpalili domy na krańcach Lubaczowa. Przekonało to miejscowe dowództwo AK o konieczności ewakuowania Cieszanowa do baz partyzanckich w Rudzie Różanieckiej i Narolu. Ewakuacja rozpoczęła się 2 maja ok. godz. 18 pod ochroną 48 żołnierzy AK. Kolumna nie atakowana dotarła do Rudy Różanieckiej. 3 maja do opuszczonej miejscowości weszła sotnia "Zalizniaka", mordując ok. 20 pozostałych w niej osób i podpalając ok. 1200 domów. Lubaczowskie oddziały AK brały następnie udział w ciężkich walkach toczonych z UPA w północnej części powiatu. (...)

Ostatnia walka polsko-ukraińska na południu pow. lubaczowskiego odbyła się nocą 19/20 lipca w Wielkich Oczach. Na miejscowość uderzyła sotnia „Jastruba". Zabito 13 lub 18 Polaków, którzy nie zdążyli dotrzeć do kościoła. Pozostali mieszkańcy odparli atak ogniem z dwóch karabinów maszynowych. Ukraińcy wycofali się paląc 80 domów. W sąsiednich Żmijowiskach zabili następnych siedmiu Polaków i jednego Ukraińca.

Sotnia "Zalizniaka" w lipcu zaszyła się w lasach okolicznego poligonu, gdzie przeczekała przejście frontu. Podczas stacjonowania w lasach natknęło się na nią przynajmniej pięć osób, w tym dwie łączniczki AK i oficer Czerwonej Armii. Cała piątka została zabita. W sumie, według danych którymi dysponujemy, zginęło w powiecie lubaczowskim w omawianych wydarzeniach 250-350 Polaków.

Walki polsko – ukraińskie VII 1944 – VIII 1945

Zdaniem Alfonsa Filara jeszcze w sierpniu 1944 r. sotnia  „Zalizniaka" w powiecie lubaczowskim zabiła w Podlesiu ok. 30 Polaków. Informacja ta, ze względu na zawarte w książce Filara liczne przeinaczenia, budzi jednak pewne wątpliwości. Pewne jest, iż "Zalizniak" koniec 1944 r. spędził w okolicach Werchraty, gdzie z ręki jego ludzi zginęło kilka lub kilkanaście osób, które podejrzewano, czasem zapewne słusznie, o współpracę z NKWD i AK. Jednocześnie zorganizowano kilka zasadzek na oddziały sowieckie.

Jesienią 1944 r. na wschodnią część powiatu lubaczowskiego, opustoszałą w czasie letnich walk, zaczęli wracać Polacy. Aby zahamować ten proces, UPA wymordowała w Łykoszynie 14 Polaków, a w innych miejscowościach trzy rodziny (Pracewiczów oraz dwie o nieustalonych nazwiskach). Po tym wydarzeniu wiele osób ponownie opuściło swe domostwa. Nieco później zabito trzech leśniczych. W odpowiedzi na to okoliczna milicja rozstrzelała w pobliżu Rudy Różanieckiej 33 Ukraińców z Lublińca Starego i Nowego.

W listopadzie 1944 r. do „Zalizniaka" napłynęło kilkuset ochotników z okolicznych wsi. W związku z tym sformował on do wiosny 1945 r. dwie następne sotnie, w ten sposób stając się dowódcą całego kurenia. 8 stycznia 1945 r. Ukraińcy na przysiółku Tepiły k. Nowego Lublińca stoczyli bitwę z pododdziałami 64 Dywizji NKWD. Jej szczegóły nie są znane. Wiadomo, że po stronie ukraińskiej zginęło kilkunastu ludzi, zaś po sowieckiej co najmniej siedmiu. Starcie w Tepiłach w niczym nie nadwerężyło sił kurenia. Stało się to dopiero 2 marca. Tego to dnia pograniczne wojska NKWD, idące tropem za wracającym z Ukrainy "Orestem", natknęły się we wsiach Mrzygłody i Gruszka na dwie czoty sotni "Mesnyky II". Po ciężkiej walce zostały one w większości zniszczone. Zginęło 62 Ukraińców, straty sowieckie są nieznane.

18 stycznia 1945 r. w przysiółku Chotyńca dwóch dezerterów z Armii Czerwonej zabiło dwóch i raniło dwóch milicjantów z posterunku w Młynach. Następnego dnia milicjanci z tegoż posterunku spalili w ok. 40 domostw, "trzech mężczyzn i dwie kobiety spalili żywcem, zastrzelili sześciu mężczyzn i dwie kobiety, jedną ciężką ranili, a wielu Rusinów dotkliwie pobili".

Wiele mordów na Ukraińcach zostało dokonanych przez różne lokalne "samoobrony", czy też zwykłe bandy rabunkowe. W zbiorze dokumentów opracowanym przez Mikołaja Siwickiego można znaleźć wiele nazwisk członków takich grup. Napadów na Ukraińców dopuszczały się także oddziały NZW. Szczególnie złą sławę zdobył tu oddział "Wołyniaka". Według Iwana Bidny ja pierwszą ofiarą "Wołyniaka" "był Emilian Wańczyk z Siedlanki (...) potem przyszły następne. Z rąk bandyckiej grupy zginęły śmiercią męczeńską dwie siostry Słabowe, Lew Kyszakewycz z żoną i pomocą domową. Iwana Hajduka zamordowano na moście przed jego domem. Olha Wanczycka ze Struców zginęła na drodze koło Dębna. Ściągnięto ją z wozu i na miejscu rozstrzelano. Po kilku miesiącach podobny los spotkał jej męża Iwana. Zabrano go z chaty, zaprowadzono nad San, przywiązano do bryły lodowej i puszczono z prądem na pewną śmierć".Jeśli przytoczone informacje są prawdziwe, to warto zadać pytanie: co spowodowało te mordy? Czy wymienieni byli likwidowani tylko za swoją narodowość, czy też może pod jakimiś zarzutami, np. współpracy z NKWD? Tak czy inaczej, do największej tragedii doprowadziła podległa "Wołyniakowi" grupa Krawczyka "Kudłatego" w kwietniu 1945 r. we wsi Piskorowice. Według Bidnyja "Jeden ze złoczyńców, «Ziomek», opowiadał później, że (...) «Kudłaty» kazał wszystkim bez wyjątku wypić przed akcją tyle alkoholu, ile kto może. Po tej pijatyce wypuścił swą bandycką zgraję na Piskorowice. Ten «Ziomek» opowiadał, że niemowlęta zabijano na miejscu. Brano je za nóżki i rozbijano główki o ścianę budynków lub koła u wozów, które stały na podwórzu. Wszystko to działo się na oczach ojców i matek. Nad ofiarami najbardziej znęcał się Zygmunt Krysa i zwyrodniały pastuch «Ziomek» z ulicy Podwierzynek w Leżajsku." Zdaniem ks. Piętowskiego "Wołyniak" zabił w Piskorowicach 120 Ukraińców oraz 10 Polaków (m.in. siedmioosobową rodzinę Kielerów). Strona ukraińska podaje znacznie wyższą liczbę ofiar, od co najmniej 300 aż do 1240. Warto zaznaczyć, iż konkretnych nazwisk zamordowanych jest podawanych nieco powyżej 100.

Likwidowano też Ukraińców wracających z robót w Niemczech. Jak pisze J. Tepłyćkyj: "Pojedynczo lub małymi grupami wracali również chłopcy i dziewczęta z Cieplic. Wysiadali z pociągów na stacjach w Jarosławiu, Leżajsku i Tryńczy. Wieźli ze sobą mizerny dobytek i piechotą wędrowali do rodzinnych Cieplic. Nie wiedzieli, że na wszystkich rozstajach przed wsią lub nad brzegiem Sanu i w przydrożnych krzakach Tryńczy śledzą ich uzbrojeni polscy bandyci, którzy zatrzymywali wracających, odbierali od nich wszystko i wszystkich po kolei zabijali. Trudno dziś powiedzieć, ilu cieplickich chłopców i dziewcząt zabili ci bandyci. Gdzieś nad brzegami Sanu wrzucano ich ciała do rzeki i nikt nie wie, kiedy i kogo zamordowano". Choć istnienie tego typu napadów nie ulega wątpliwości, to dotykały one, przynajmniej w jakimś stopniu, również Polaków. Kwestia ta wymaga dalszych badań.

Do większej tragedii doszło także w kolonii Małków. W sierpniu 1944 r. zginęło w niej sześciu Polaków. Wiosną 1945 r. został tu także zabity członek BCh Bolesław Dobrowolski. W odwecie oddział BCh 15 kwietnia 1945 r. przeprowadził akcję pacyfikacyjną. "Niektórzy z napastników pisze ks. Piętowski byli podpici. Szli od domu do domu i strzelali do domowników."  Zginęło 116 osób, głównie kobiet i dzieci. Ukraińcy w obawie o życie organizowali w swoich wioskach samoobrony, m.in. w Dębnie, Dobrej, Dobczy. Nie ograniczały się one tylko do obrony. Z ich rąk zginęło od kilku do kilkunastu Polaków podczas różnych wypraw. Po uprowadzeniu dwóch członków NZW zgrupowanie partyzanckie "Ojca Jana" (w jego skład wchodził też oddział "Wołyniaka") przeprowadziło akcję na Dobrą i Dobczę.

Tak ówczesną sytuację w maju 1945 r. widziało NKWD: "W jarosławskim i lubaczowskim powiatach rzeszowskiego województwa istnieje silna wrogość pomiędzy polską i ukraińską ludnością. Ta wrogość spowodowana jest tym, że rejon ten należy do silnie zarażonych bandytyzmem. Bandy «AK» (tak Sowieci określali wszystkie polskie oddziały partyzanckie przyp. G. M.) napadają na ukraińskie wioski, grabią i terroryzują ludność; bandy «UPA» napadają na polskie wioski i także grabią i terroryzują polską ludność. Dla obrony przed bandami «AK» w ukraińskich wioskach mieszkańcy tworzą grupy samoobrony. W skład tych grup wchodzą prawie wszyscy mężczyźni ukraińskich wiosek, także podrostki i liczne kobiety. Wszystkie ukraińskie wioski mają przygotowaną obronę okrężną, prawie przy każdym domu są wykopane okopy (...). Każda wioska dzieli się na odcinki po 40 chat, na każdym odcinku jest wybrany dziesiętnik, który codziennie na noc dla ochrony odcinka wyznacza 10 ludzi. W taki sposób każda wioska codziennie wystawia ochronę do 100 ludzi. (...) Większość ludności posiada broń. W czasie dnia wszystkie dostępy do wiosek są zabezpieczone obserwatorami specjalnie wybranymi kobietami. Są wyznaczone sygnały alarmowe (...) Położone obok siebie ukraińskie miejscowości utrzymują ze sobą ścisłą łączność i w wypadku napadu większych band «AK» niosą sobie wzajemnie pomoc. Kiedy bandy «AK» wyraźnie przewyższają siły samoobrony, ludność wzywa na pomoc bandy «UPA» (...) W momencie zbliżania się do miejscowości band «AK» wszystkie kobiety i dzieci wraz z bydłem uciekają z niej do lasu i ukrywają się tam, dopóki «AK-owcy» nie zostaną odparci od wioski.

Normalne życie w opisywanym rejonie jest sparaliżowane, władze administracyjne istnieją tylko w miasteczkach (...) rozporządzenia polskiej władzy do wiosek nie dochodzą, nikt ich nie zna i nie wypełnia. (...) Ewakuacja ukraińskiej ludności z terytorium Polski do ZSRS przerwana. W wyniku tego, iż bandy «UPA» pomagają ukraińskiej ludności chronić wioski przed napadami band «AK», Ukraińcy w większości pomagają bandytom «UPA» tak materialnie, jak i siłą zbrojną, kiedy jest to potrzebne. Ukraińskie wioski stanowią główną bazę band «UPA»."

Z Ukraińcami bezwzględnie postępowały również formacje podległe rządowi. Szczególnie "zasłużył się" tu 2 Samodzielny Batalion Operacyjny WW stacjonujący w Lubaczowie i ponoć ściśle współpracujący z NKWD. Ostatecznie powstał on 17 marca 1945 r., ale już 26 lutego przeprowadził swoją pierwszą akcję w Kobylnicy Ruskiej. Skierowano tam grupę "żołnierzy WW i MO w celu ujęcia wszystkich mężczyzn do sześćdziesiątego roku życia. W czasie ucieczki zabito 30 osób (według innych danych 60 przyp. G.M.). Wieś spalono, a inwentarz zarekwirowano. Zabrano 30 koni, 62 krowy, 4 świnie i 16 wozów." W następnych dniach spalono wsie Masiuki i Sieniówka, zabijając w nich 38 "banderowców".

23 marca z Cieszanowa do Lublińca Nowego udało się pięciu milicjantów. Już w wiosce zostali oni napadnięci. W walce trzech zginęło, ale dwóch pozostałych uszło z życiem. Na wieść o tym wydarzeniu w Lubaczowie sformowano w ciągu kilku godzin grupę operacyjną w sile 60 ludzi WW i MO. "Kiedy wspomina milicjant Stanisław Ciećkiewicz podeszliśmy

pod samą wieś, upowcy ostrzelali nas z kilku stron. Najsilniej bili z wieży cerkwi. (...) Kilkakrotnie próbowaliśmy atakować pozycje przeciwnika, ale bez rezultatu. Przybywało rannych. Całą akcją dowodził porucznik Wojska Polskiego, który po paru godzinach dał rozkaz odwrotu". W walce zginęło jedenastu Polaków, dziewięciu zostało rannych.

25 marca wysłano do Lublińca kolejną ekspedycję karną. Podczas akcji "zniszczono miejscowość w 70%, a zdobyty inwentarz zdano do starostwa (...) zabito 540 osób banderowców i przypadkowych świadków zajść." 6 kwietnia batalion WW w czasie operacji spalił wieś Gorajec i zabił w niej 400 osób. Spalono też Kaczory i folwark Hetyków. Wszystko wskazuje na to, że podawane przez żołnierzy WW straty ukraińskie w rzeczywistości były niższe. Najpewniej bowiem w Lublińcu zabito "tylko" ok. 100 osób, a w Gorajcu 155.

23 kwietnia 1945 r. 2 samodzielny batalion WW, w niejasnych okolicznościach... zdezerterował z bronią. W pościg za jego żołnierzami ruszyły oddziały NKWD z 64 Dywizji. W efekcie dużą część dezerterów schwytano, wielu dobrowolnie zgłosiło się z powrotem do jednostki.

Wcześniej, nocą 27/28 marca, kureń "Zalizniaka" jednocześnie uderzył na prawie wszystkie posterunki MO w powiecie lubaczowskim. Zniszczono 18 placówek w następujących miejscowościach: Dzików Stary, Podemszczyzna, Horyniec, Zalesie, Basznia Dolna, Łówcza, Futory, Nowa Grobla, Brusno Nowe, Krowica, Puchacze, Chotylub, Wólka Horyniecka, Zapałów, Bichale, Łaszki, Płazów, Cewków. Poległo 30 funkcjonariuszy MO i 43 lub 72 osoby cywilne. W tym samym miesiącu UPA spaliła wsie Grobla, Mołodycz i Wola Mołodycka, a w Starym Siole zabiła 17 Polaków. 31 marca, w odwecie za zabicie Polaka, samoobrona z Wiązownicy, kierowana przez Michała Orzechowskiego, napadła na Ukraińców ukrywających się w okolicznych budynkach dworskich. Zabito dziesięć osób, głównie kobiety i dzieci. Mord ten wywołał odwet UPA. 17 kwietnia "Zalizniak" uderzył na Wiązownicę. Podczas akcji zginęło 65 Polaków, spłonęło 170 domów. Na pomoc zaatakowanym przyszła samoobrona z Piwody, oddział NZW "Radwana", grupa AK "Podhalańskiego" oraz oddziały rządowe. Dzięki temu odbito zrabowane bydło i inwentarz. Przy okazji uderzono na ukraiński obóz, gdzie zabito pięć osób.

29 kwietnia wracająca z zarekwirowanym sianem grupa enkawudzistów w pobliżu wsi Konty około godz. 16 wpadła w ukraińską zasadzkę. Tylko dwóm Sowietom udało się uratować, pozostałych jedenastu zginęło. Następnego dnia wyruszyła z Jarosławia 62-osobowa ekspedycja karna, złożona z żołnierzy 1 batalionu 98 pułku. O godzinie 14.30 dotarła ona do wsi Surmaczówka. Przy moście położonym przed wsią, na jej widok, wskoczył na konia i zaczął uciekać jeden z wieśniaków. Enkawudziści zastrzelili uciekiniera, lecz gdy przeszli most przywitał ich silny ogień broni maszynowej. W ciągu pierwszych 20 minut boju Sowieci stracili pięciu zabitych i musieli wycofać się za most, a po pewnym czasie, wobec ukraińskiego ataku, rozpoczęli odwrót. Tylko dzięki nadejściu posiłków nie zamienił się on w bezładną ucieczkę. Ogółem NKWD miał 12 zabitych, z czego dwóch oficerów. Ukraińcy także stracili 12 ludzi.

W następnych dniach zapanował... spokój. Jedyną rzeczą, która może ten fakt wytłumaczyć, jest, jak sądzę, obowiązywanie na tych terenach porozumienia zawartego w Siedliskach. Dzięki temu aż do września 1945 r. prawie nie było dalszych walk polsko-ukraińskich. Jedynym większym starciem była zasadzka czoty "Kruka" z sotni "Mesnyky I", urządzona 20 lipca na pododdział 26 pp z 9 DP w rejonie wsi Nienowice k. Radymna.

„Ukraińskie powstanie” IX 1945 – VI 1946

Na początku września 1945 r. do powiatu lubaczowskiego przybyła 3 DP. Żołnierze łatwo dostrzegli, iż wkroczyli na tereny objęte działalnością partyzantki ukraińskiej. „Świadczyły o tym – pisze w swych wspomnieniach Jan Pokrzywa - spiłowane słupy linii telefonicznej i powalone drzewa, tworzące na drogach zapory. Musieliśmy je omijać lub też usuwać, aby mogły przejechać nasze działa, samochody i wozy." Wojsko rozlokowało się w 15 garnizonach na terenie powiatu. W meldunku sprawozdawczym 3 DP czytamy: "Pierwsze 2 dni poświęcone były na rewizje w miejscowościach, gdzie rozlokowały się garnizony jednostek, w poszukiwaniu broni i sprzętu wojskowego u ludności cywilnej." Początkowo wojsko nie przewidywało czynnego zwalczania UPA, lecz wyłącznie wysiedlanie ludności ukraińskiej w oparciu o utworzone garnizony. Dopiero poczynania UPA zmusiły polskie dowództwo do zmiany koncepcji.

Na wieść o pojawieniu się wojska "Zalizniak" rzucił do akcji cały swój kureń, do którego we wrześniu dołączyła trzecia sotnia, dowodzona przez "Szuma". Do pierwszych ataków , na 3 DP doszło już pierwszego dnia po jej rozlokowaniu. Część polskich garnizonów została bowiem ostrzelana w nocy ogniem broni maszynowej. Zrywano też nagminnie łączność telefoniczną, czasem na odcinku paru kilometrów, np. na linii Lubaczów-Jarosław. 5 września o godz. 23.30 kilku upowców rozbroiło w szpitalu w Jarosławiu strażników i uwolniło czterech schwytanych Ukraińców. Pościg za zbiegami nie dał żadnych rezultatów. Do większego uderzenia doszło nocą z 14/15 września. Sotnia "Bałaja", wsparta przez SKW, zaatakowała stację kolejową w Oleszycach, opanowała ją i spaliła. Jednocześnie uderzono na 1 batalion 7 pp, stacjonujący w odległych o 4 km Oleszycach. Tak opisuje to J. Pokrzywa: "Pod osłoną nocy upowcy usiłowali niespodziewanie przedostać się do wsi i wymordować śpiących w poszczególnych domach oficerów i żołnierzy. Na szczęście rozrzucone wokół wsi posterunki i warty w porę dostrzegły napastników i otworzyły do nich ogień. (...) Bitwa, po początkowym okresie zamieszania i zaskoczenia, przybierała zorganizowany charakter. Rozrzuceni w tyralierę napastnicy nie mogli wedrzeć się do wsi. (...) kilku upowcom udało się wedrzeć na kraniec wsi i podpalić kilkanaście domów i stodół, które płonęły teraz, oświetlając teren walki i dodając grozy sytuacji. (...) Działa 76 mm włączyły się również do bitwy i chociaż skuteczność ich wśród panujących ciemności była niewielka, to jednak działały deprymująco na przeciwnika. Artylerzyści nie żałowali pocisków i bili ogniem na wprost".

Po kilku godzinach UPA rozpoczęła odwrót. Polacy mieli dwóch zabitych i czterech rannych. Tej samej nocy sotnia "Szuma" uderzyła na 2 batalion 9 pp w Nowej Grobli. Bój trwał tam osiem godzin i ustał dopiero po nadejściu posiłków dla WP. Spalono częściowo stację kolejową i kilkanaście domów, zerwano w trzech miejscach tor kolejowy, rozbito miejscowy posterunek MO. Zginęło dwóch żołnierzy, jedenastu zostało rannych. Ponadto poległ naczelnik stacji oraz trzech enkawudzistów.

Do 5 października 1945 r. 3 DP wysłała tylko cztery transporty Ukraińców. Poważnym utrudnieniem dla WP było odejście, z dniem 20 września, z linii Jarosław-Rawa Ruska sowieckiej administracji kolejowej. Wykorzystując ten fakt, UPA wysadziła dwa mosty kolejowe w rejonie Werchraty i Baszni. Nieco wcześniej, nocą 18/19 września, UPA spaliła wysiedloną wieś Stare Sioło. Z kolei, nocą 19/20 września o godz. 2.00 zaatakowano wieś Dachnów, gdzie spalono kilkanaście budynków. 5 października do Lubaczowa nadszedł wreszcie transport kolejowy po przesiedleńców. Dwa dni później upowcy zerwali 1,5 km torów koło Bobrówki, "czym uniemożliwili odprawienie załadowanego eszelonu". Po odremontowaniu przez wojsko torów upowcy wysadzili 16-metrowy most kolejowy koło Bobrowników i zwalili słupy telefoniczne na przestrzeni ponad 1 km, wstrzymując ruch pociągów na linii Lubaczów-Jarosław. 9 października o godz. 4.30 sotnia "Szuma" napadła we wsi Nowe Sioło na ukraińską komisję przesiedleńczą. Poległ oficer i jeden z ochraniających go żołnierzy. 13 października grupa "Bałaja" ostrzelała grupę WP. Nie są jednak znane jej straty. 25 października 338 pułk NKWD stacjonujący w tym regionie wyjechał do ZSRS. Tego samego dnia wyleciały w powietrze dwa mosty kolejowe pomiędzy stacjami Oleszyce i Nowa Grobla.

Sytuacja w pow. lubaczowskim zaniepokoiła władze. Na inspekcję do Lubaczowa przybył dowódca Lubelskiego Okręgu Wojskowego gen. Bewziuk. Wydany po niej rozkaz dywizyjny głosił: "Nasza walka z UPA musi mieć charakter zaczepny; bandy muszą się nas obawiać, a nie my ich." W związku z tym zorganizowano cztery grupy szturmowe i od 1 listopada 1945 r.: "Dywizja przeszła do aktywnych działań przeciw ukraińskim bandom dywersyjnym, kierując swoje uderzenia w coraz to inne punkty pow. lubaczowskiego i najbardziej zapalne miejscowości pow. jarosławskiego leżące w pasie działania Dywizji. (...) Szybkie, energiczne i (...) w parę punktów jednocześnie kierowane uderzenia, powtarzane codziennie w godzinach porannych lub wieczornych, dawały doskonałe rezultaty ilościowe i jednocześnie dezorientowały bandytów, nie pozwalając im na koncentrację." Dzięki temu dywizja 8 listopada 1945 r. mogła wznowić wysiedlenia w powiecie lubaczowskim. Oprócz transportu kolejowego używała do tego celu także transportu kołowego. Ostatecznie, do 14 grudnia zakończono przesiedlenia. W ich wyniku powiat lubaczowski opuściło 6749 rodzin ukraińskich, z czego 723 wozami konnymi. 

Na przełomie października/listopada 1945 r. WP przeprowadziło tajemniczą operację w Bruśnie Starym. Tak o tym pisał Pokrzywa: "Przemykająca się lasami w pobliżu Horyńca banda ostrzelała dywizyjny samochód z radiostacją. Stacjonujący w Horyńcu batalion Kościckiego natychmiast pośpieszył z odsieczą i dopadł bandytów we wsi Brusno Stare, z której ludność została przesiedlona przed dwoma dniami. Upowcy bronili się zaciekle w poszczególnych domach i obejściach. Batalion otoczył wieś i rozgorzała bezpardonowa walka. Brusno Stare stało się grobem niemal całej bandy. Przybyły na pomoc dywizjon dział samobieżnych z Lubaczowa rozbijał dom za domem, grzebiąc przeciwników pod gruzami. Mimo rozpaczliwej sytuacji upowcy usiłowali przedłużyć walkę do nocy, by pod jej osłoną wyrwać się z okrążenia. Żaden z nich nie prosił o litość i nie chciał się poddać. Zaledwie kilkunastu członkom UPA udało się ujść z życiem. W obejściach i spalonych domach pozostało ponad stu zabitych. Ze wszystkich bitew i potyczek, jakie w tym czasie stoczyła 3 dywizja piechoty z bandami UPA, ta była najbardziej zaciekła. Cała nie znana nam wówczas sotnia została zlikwidowana". Problem w tym, iż z pewnością w Bruśnie nie zlikwidowano żadnej sotni. Wątpliwości bynajmniej nie rozwiewają dokumenty opublikowane przez E. Misiłę w zbiorze Repatriacja czy deportacja. Wynika z nich, że wojsko straty ukraińskie oceniło na 120 zabitych, natomiast UPA w swych meldunkach pisze tylko o spaleniu części wsi i o trzech ofiarach wśród cywilów. Sprawa ta wymaga dalszych badań.

UPA działaniom wojska nie przypatrywała się biernie. 21 listopada 1945 r. sotnia M-l uderzyła na Dachnów, w którym stacjonowały pododdziały 3 DP. Atak rozpoczął o północy wybuch "torpedy" (czyli odpalonego z prymitywnej wyrzutni pocisku do niemieckich moździerzy rakietowych), która trafiła w miejscową szkołę. Następnie rozpoczęto palenie wsi. O godzinie 1 rozpoczęto odwrót. Wieś spłonęła w 70%. Zginął jeden upowiec. Po stronie polskiej, według danych ukraińskich, poległo pięciu żołnierzy. Nocą 22 listopada sotnia M-2, pod osobistym dowództwem "Zalizniaka", uderzyła na most kolejowy na rzece Szkło w Surochowie. Dwie czoty zaatakowały most (pierwsza na prawym, a druga na lewym brzegu), zaś trzecia czota związała walką oddziały WP stacjonujące w sile batalionu w pobliskim folwarku. Sygnałem do akcji był wybuch "torpedy". Po trzech godzinach UPA wysadziła most (użyto do tego celu 600 kg materiału wybuchowego) i wycofała się. WP miało dwóch zabitych i jedenastu rannych, a UPA trzech poległych.

26 listopada w lesie koło Surmaczówki trzy grupy sztunnowe utworzone z 7 i 9 pp natknęły się na oddział UPA znajdujący się w kilku bunkrach zbudowanych na wzgórzu w gęstym lesie. Tak opisuje to Stanisław Wrona: "W górę poszybowała czerwona rakieta, sygnał do rozpoczęcia natarcia (...) żołnierze pojedynczo skokami wysuwają się do przodu (...) milczące bunkry nagle ożyły, z otworów strzelniczych zieją ogniem karabiny maszynowe. Tyraliera nasza posunęła się do przodu zaledwie o kilka metrów." Po fiasku pierwszego sztrmu wojsko rozpoczęło ostrzał bunkrów z podciągniętej baterii dział 76 mm, lecz pociski eksplodowały na konarach drzew nie dolatując do celu. Przerwano więc ogień z dział i rozpoczęto ostrzał bunkrów z moździerzy. Po 10-minutowym ostrzale przystąpiono do drugiego szturmu. Również on się załamał. Po tych niepowodzeniach dowódca 7 pp ppłk Russijan nakazał przerwać ataki i rozpocząć oblężenie. Dzięki temu upowcy w nocy przerwali pierścień i umknęli. Szokujące, iż w bunkrach była okrążona tylko jedna czota z sotni "Bałaja", licząca ledwie 28 ludzi! Upowcy mieli jednego zabitego i trzech rannych, Polacy zaś czterech zabitych i jedenastu rannych.

"4 grudnia 1945 roku pisze J. Pokrzywa posuwając się marszem ubezpieczonym, 3 batalion 8 pułku piechoty przechodził z Horyńca do wsi Chmiele. Wszystko odbywało się pomyślnie i spokojnie, a wieś leżąca o jakieś 500 metrów była już dobrze widoczna. Dowodzący przemarszem kapitan Edward Zastocki wyszedł na czoło kolumny i przywołał do siebie oficerów, aby wejść z nimi do wsi i wyznaczyć rejony zakwaterowania dla poszczególnych kompanii. Gdy oficerowie oderwali się od kolumny, zupełnie nieoczekiwanie posypały się strzały z wąwozu. Padł rażony śmiertelnie kapitan Zastocki (...) Padł także podporucznik Feliks Straszewski, oficer polityczny (...) Śmiertelnie ranni zostali dowódcy plutonów: chorąży Franciszek Mateja i podporucznik Stanisław Kuźma (...) Ponadto zostali ranni porucznik Jan Sakowicz, dwaj oficerowie polityczni porucznik Bronisław Kuriata i podporucznik Mieczysław Jędrasik oraz kapral Władysław Siecina. Znajdująca się na przodzie grupa, rażona niespodziewanym ogniem, padła na ziemię. Nasi żołnierze natychmiast odpowiedzieli ogniem z broni ręcznej i maszynowej, ale dopiero ogień działek 45 mm (...) zmusił bandytów do przerwania ostrzału." Czota, czy nawet tylko rój (drużyna), który urządził zasadzkę. wycofał się bez strat własnych. 29 grudnia UPA zastrzeliła trzech żołnierzy z 8 pp, którzy pojechali do wsi Dziewięcierz po siano. Do końca roku straty 3 DP wyniosły 27 zabitych, 4 uprowadzonych i 67 rannych.

Zwycięstwa militarne odnoszone przez UPA wprowadziły wśród żołnierzy nerwową atmosferę. Przeciwnika widziano nawet tam, gdzie go nie było. Przykładem takiego zachowania jest wydarzenie opisane przez Stanisława Wronę: "Czujka doniosła że z lasu słychać jak gdyby banderowcy szykowali się do ataku. Odpowiednie komendy i pierwsze miny moździerzowe poszły w powietrze. w lesie poniosło echem wybuchów. Z lasu jednak nie padł ani jeden strzał, co było dla nas zastanawiające. (...) Z nastaniem dnia zwiadowcy stwierdzili. że to żerujące dziki szukające żołędzi wśród opadłych liści były przyczyną alarmu, na co wskazywały ich tropy na rozmokłej nieco glebie."

W styczniu 1946 r., w związku z zawieszeniem przesiedleń, działania bojowe przycichły. 3 DP została chwilowo wycofana do stałych garnizonów. Jej miejsce w pow. jarosławskim zajął 26 pp 9 DP, przybyły z pow. przemyskiego. Zorganizował on kilka grup operacyjnych i rozpoczął przeszukiwanie terenu. Pomimo to 5 lutego 1946 r. UPA zaatakowała strażnicę WOP w Bełżcu. Z kolejnych szturmów Ukraińcy zrezygnowali dopiero po kilku godzinach. WOP miał tylko jednego rannego, UPA zaś, według źródeł polskich, ok. 15 zabitych i rannych.

Do większego starcia pomiędzy jedną ze wspomnianych grup operacyjnych WP a UPA doszło dopiero 15 lutego 1946 r. na przysiółku Zastawne koło Mołodycza, gdzie zetknięto się z częścią sotni M-l. Upowcy stracili w nim trzech ludzi a czterech zostało rannych. Straty polskie, zapewne przesadnie, ocenili na ok. 20 poległych. Po opanowaniu wsi WP zabiło 14 cywilów-Ukraińców! Nocą 18/19 lutego 1946 r. upowcy na linii Munina-Rawa Ruska ścięli na wysokości 1 m trzynaście słupów teletechnicznych i zerwali siedem przewodów teletechnicznych na przestrzeni 700 metrów. Wstrzymało to ruch kolejowy na tej trasie na trzy dni.

W marcu wznowiono wysiedlenia. W powiecie jarosławskim i części lubaczowskiego miała je przeprowadzić 9 DP (konkretnie 26 pp, 30 pp), zaś w powiecie Tomaszów Lubelski ponownie skierowana do akcji 3 DP. Oznaczało to wzrost natężenia walk, tym bardziej iż "Zalizniak" na początku 1946 r. sformował dwie następne sotnie: M-4 ,Jara" oraz M-5 "Kruka". Dodatkowo jego siły wzmocniło przybycie z ZSRS dwóch innych sotni: "Bryla" i "Dowbusza" (ta druga była oznaczona kryptonimem "Koczowyky"). 4 marca sotnia "Bałaja" opanowała szpital... w Lubaczowie. Rozbrojono milicjantów pełniących wartę, zastrzelono Mieczysława Wiśniewskiego, zrabowano koce, leki i narzędzia chirurgiczne oraz uprowadzono dr. Zygmunta Leszczyńskiego, którego, po udzieleniu przez niego pomocy rannemu upowcowi, zwolniono. W następnych dniach upowcy spalili wysiedlone wsie: Opaka, Hurcza, Borchów i Makowiska (w tej ostatniej wsi w starciu z WP jeden z nich zginął). Nocą 8/9 marca sotnia "Szuma", wsparta przez sotnię "Dowbusza" oraz oddział SKW "Oczereta", przeprowadziła jednoczesne uderzenie na Lubyczę Królewską, Lubyczę Kniazie i Teniatyska. W miejscowościach tych stacjonował 8 pp: w Lubyczy Królewskiej sztab pułku i 3 batalion, w Lubyczy Kniazie 2 batalion i w Teniatyskach 1 batalion. Celem ataku było zniszczenie stacji kolejowej oraz rozpędzenie zgromadzonej tam ludności ukraińskiej. Atak rozpoczął się ok. godz. 1. Na Lubyczę Królewską upowcy przypuścili szturm od strony południowej, zmusili do odwrotu polskie ubezpieczenia i wdarli się do wioski. Sztab pułku zajął obronę wzdłuż grobli wiodącej przez środek wsi i ogniem broni maszynowej powstrzymał impet natarcia przeciwnika. Ostatecznie, dzięki kontratakowi części sił 3 batalionu oraz odsieczy l batalionu, który odparł szturm na Teniatyska, ok. godz. 4 nieprzyjaciel został zmuszony do odwrotu.

We wsi Lubycza Kniazie UPA nagłym atakiem udało się przenieść walkę w obejścia wioski. "Część żołnierzy wyrwana nagle ze snu, straciła orientację i wpadała wprost na kule atakujących bandytów”. Dopiero po trzech godzinach Ukraińcy wycofali się w kierunku wsi Dęby. Bój 8 pp w Lubyczy Królewskiej w nocy 8/9 marca tak wspomina Józef Warzyński: "W takich opałach jednostka nasza nie była od początku wojny (...) ponad trzy godziny trwały nierówne zmagania (...) Kiedy o świcie

zeszliśmy ze stanowisk, z wycieńczenia nie byliśmy zdolni ani cieszyć się, że przeżyliśmy tę noc, ani smucić po stracie kolegów, ani też dziwić się, że wyszliśmy żywi z tych opałów. Przyglądaliśmy się tylko sobie nawzajem, z trudem rozpoznając towarzyszy niedoli. Żołnierze unurzani w śniegu i błocie wyglądali okropnie. Zszarzałe na popiół twarze, zapadnięte policzki i przekrwione, błyszczące gorączką oczy czyniły nas podobnymi bardziej do zjaw niż do istot ludzkich." Straty polskie były bardzo duże. 15 żołnierzy zginęło, 13 zostało rannych. Utracono: 2 cekaemy, 8 pistoletów maszynowych, 4 karabiny i 3 pistolety. Spłonęło 5 wagonów, 10 zabudowań w Lubyczy Królewskiej i 20% zabudowań Lubyczy Kniazie. UPA miała 11 zabitych i 15 rannych. Zginęło także ok. 20 osób cywilnych. Atak ukraiński uzmysłowił żołnierzom skalę zagrożenia. Zastępca dowódcy 8 pp do spraw polityczno-wychowawczych w sprawozdaniu za 1-15 marca napisał: "...znowu potrzeba wzmożonej czujności tak w dzień, jak i w nocy, a na odpoczynek pozostaje mało czasu. Żołnierze już przez dwa tygodnie nie zdejmują obuwia, przez całą noc czuwają w obronie. Następnie w dzień przeprowadza się operacje w terenie w poszukiwaniu band UPA i akcje wysiedlania ludności ukraińskiej."

Operacje wojska były mało skuteczne. Niemniej w tym czasie dochodziło do różnych potyczek z partyzantką. Kilka takich akcji omówił w swej pracy poświęconej 8 pp Kaczmarek: „15 marca o godz. 6.00 8 pułk piechoty w składzie 2 i 3 batalionu, pułkowej szkoły podoficerskiej i dywizyjnej kompanii rozpoznawczej wyruszył na zadanie. Po przeprowadzeniu przez 2 batalion obławy we wsi Goraj o godz. 10.00 przystąpiono do akcji przeczesywania lasu w rejonie jarów, połączonej z obstawianiem toru kolejowego od wsi Mosty Małe do stacji kolejowej Grebienne (winno być: Hrebenne, przyp. G.M.) i drogi polnej do szosy i zachodniego skraju Grebienne. Około godz. 11.00 2 batalion natknął się w lesie na bandę, która

po silnej wymianie strzałów wycofała się w kierunku północno-zachodnim, pozostawiając 4 zabitych. W wyniku pościgu ujęto 2 sanitariuszki z materiałem sanitarnym oraz 17 bandytów. W tym czasie 3 batalion natknął się na uciekającego mężczyznę w mundurze wojskowym, którego po 2 km pościgu ujęto. Sztab pułku napotkał w jednym z jarów obóz złożony z 22 furmanek niewiadomego pochodzenia, na których znajdowała się żywność, odzież itp."

Nocą 11/12 marca 1946 r. sotnia "Bałaja" uszkodziła most kolejowy w Radymnie. Wracając z akcji, w rejonie Gajów UPA natknęła się na grupę pięciu żołnierzy, ochraniających zbiórkę przydziałów żywności. Po czterech z nich zaginął wszelki ślad. Tylko jednemu podoficerowi udało się umknąć i zaalarmować garnizon w Jarosławiu. Ukraińcy mieli jednego zabitego. Tej samej nocy "Szum" zniszczył dwa mosty na odcinku Hrebenne-Potok. Również 12 marca, około godz. 11, wybuch miny wykoleił pociąg w okolicy Grobli. Ponawiające się ataki na szlakach kolejowych sprawiły, iż często przed lokomotywą umieszczano trzy zdewastowane, odkryte wagony, naładowane żelastwem i kamieniami, by to one wypadały z torów. Z kolei za lokomotywą przyczepiano kryty wagon z ławkami i otworami strzelniczymi dla żołnierzy.

14 marca Ukraińcy zorganizowali zasadzkę na drodze w pobliżu wsi Wólka Zapałowska. Wpadł w nią pluton WOP jadący z Lubaczowa do Jarosławia. Straty były bardzo bolesne. W walce zginęło 19 żołnierzy, w tym trzech oficerów.

W kwietniu do walk z UPA mocniej włączyło się NKWD. 9 kwietnia 1946 r., w przysiółku Melniki k. Kobylnicy Ruskiej, dwie czoty z sotni "Bałaja" i dwie z sotni "Szuma" stoczyły potyczkę z pogranicznymi oddziałami NKWD. Upowcy mieli dwóch zabitych i trzech rannych, a enkawudziści jakoby ok. 17 zabitych. 18 kwietnia na szosie Lubycza-Bełżec ostrzelano i spalono sowiecki samochód z cysterną benzyny. 21 kwietnia kilkunastu partyzantów ukraińskich z sotni "Kalinowicza", idąc po ważne dokumenty, wpadło w zasadzkę 1 batalionu 98 pułku NKWD koło przysiółka Piskory, położonego niedaleko Mołodycza. W nierównej walce zginęło sześciu lub nawet jedenastu Ukraińców. 22 kolejnych upowców enkawudziści zabili 4 maja w lesie koło Gorajca.

21 kwietnia 1946 r., o godz. 22.45, sotnia "Szuma" uderzyła na stację kolejową Uhnów, gdzie przebywało ok. 200 rodzin ukraińskich w oczekiwaniu na wyjazd do ZSRS. Stację ochraniało 50 żołnierzy z 7 pp 3 DP. Sygnałem do ataku był wybuch granatu wewnątrz stacji oraz czerwona rakieta od wsi Łuczki. Jednocześnie przeprowadzono atak na Uhnów i most kolejowy. Około godz. 23.45 UPA rozpoczęła odwrót. W wyniku akcji zginęło dwóch żołnierzy, a trzech zostało rannych. Ukraińcy spalili stację kolejową, 23 wagony puste, sześć wagonów cukru. Spośród ludności cywilnej zginęły dwie osoby. 120 przesiedleńców uciekło. "Po napadzie - mówi meldunek WP - żołnierze znajdujący się na stacji rozpoczęli grabież ludności ukraińskiej, bijąc przy tym i maltretując nawet starców i kobiety."

Walki polsko – ukraińskie VII 1946 – IV 1947

Po zakończeniu wysiedleń i przeprowadzeniu referendum wojsko postanowiło przeprowadzić więcej akcji' przeciwko partyzantom także w powiatach Jarosław i Lubaczów. Podobnie jak na Pogórzu Przemyskim, również na tym terenie w tym celu utworzono oddziały manewrowe. Już w lipcu 1946 r. tylko w pow. jarosławskim działało 13 takich oddziałów (część z nich przeciwko NZW), utworzonych z żołnierzy 26 pp, 30 pp i 40 pal. Akcje te nie przyniosły jednak większych korzyści. W odróżnieniu od terenów Podkarpacia, UPA starała się unikać otwartych bojów z wojskiem, rozpraszając się na mniejsze oddziały. Nie znaczy to jednak, iż nie doszło do żadnych starć. 3 lipca 1946 r. w rejonie Lechmany miała miejsce potyczka z czotą "Igora" z sotni M-l, w której zginął jeden upowiec. 10 lipca grupa WP okrążyła "cywilny obóz w lesie pod Lechmanami, w którym ukrywali się ludzie z Lechmanów, Dobrej i Dobczy. (...) WP ograbiło obóz, zabiło jedną kobietę i po aresztowaniu kilku osób rozpoczęło odwrót.". Powiadomiony o powstałej sytuacji "Kalinowicz" zorganizował na żołnierzy zasadzkę. Oddziału polskiego nie zniszczono, lecz UPA udało się odbić uwięzionych. W następnych dniach doszło do jeszcze kilku innych drobnych potyczek. UPA straciła w nich co najmniej sześciu ludzi. 16 sierpnia WP udało się w lasach sieniawskich odkryć i zniszczyć obóz jednej z czot podległych "Kalinowiczowi". Partyzanci zawczasu opuścili zagrożone miejsce.

Jeśli chodzi o akcje zaczepne UPA, to w miesiącach letnich przeprowadzono ich niewiele. Największa z nich miała miejsce 6 lipca 1946 r. Tego to dnia ok. godz. 23 banderowcy przeprowadzili jednoczesny atak na dwie strażnice: w Bełżcu i Żużlu. Wopistów ostrzelano ogniem broni maszynowej i "torpedami". Gdy budynek strażnicy w Żużlu stanął w płomieniach, strzelcy ruszyli do szturmu na okopanych wopistów. Starcia trwały do wczesnych godzin rannych. Podczas boju wieś Żużel spłonęła w 60%. Dwa dni wcześniej sotnia "Tuczy" zaatakowała posterunek MO w Dzikowie. Ukraińcom chodziło o schwytanie dezertera, który zgłosił się na ten posterunek. Akcja zakończyła się powodzeniem. Milicjanci, widząc nadchodzący oddział, wycofali się do miejscowej mleczarni, pozostawiając zamkniętego w celi ukraińskiego dezertera. Upowcy po zabraniu uciekiniera wycofali się z miasteczka. W ciągu lipca upowcy spalili także wiele poukraińskich gospodarstw, m.in. w Nowosiółkach Kardynalskich, Machnowie, Rzeczycy, Zatylu i Deniskach. W sierpniu UPA w ogóle przerwała działalność zaczepną, a i w następnych miesiącach rzadko przeprowadzała akcje bojowe. Nic zatem dziwnego, iż sztab GO "Wisła" w 1947 r. ocenił kureń "Zalizniaka" jako "mniej bojowy, kryjący się przeważnie po miejscowościach i dokonywujący z nich drobnych napadów terrorystycznych i rabunkowych".

Nocą 4/5 września 1946 r. sotnia "Tuczy" napadła na stację w Nowej Grobli. Zabito jednego pracownika straży kolejowej i zarekwirowano 9 koni, 2 krowy i 7 świń. Prawdopodobnie jesienią 1946 r. sotnia "Kruka" spalila częściowo wsie: Kobylnica Wołoska, Potok Jaworowski i Budzyń, zabijając podczas tych akcji dziewięciu Polaków. 18 października 1946 r. upowcy w przysiółku Rudeczno koło m. Hrebenne zabili co najmniej pięć osób, m.in. rodzinę Iwanków!

W październiku 1946 r. dowództwo UPA rozformowało sotnię M-4, prawdopodobnie z powodu odmówienia przez jej żołnierzy przejścia na inny teren działania. Strzelców z rozformowanego oddziału przydzielono "Szumowi" i "Krukowi". Do "Szuma" dołączyły też dwa roje z sotni "Dowbusza" reszta tego oddziału odeszła na Ukrainę. W sumie sotnia "Szuma" liczyła w tym okresie ok. 140 ludzi.

Zimę 1946/1947 r. UPA postanowiła przetrwać małymi grupami. "Każdy - zeznawał później Grzegorz Stecyszyn - dowódca czoty w przeznaczonym mu terenie miał rozmieścić swoje roje. Każdy rój miał zabezpieczyć się w odpowiednie bunkry podziemne. Żywność mieli pobierać od kuszczów albo od cywilnej ludności, zależnie od możliwości. Partyzanci mieli cały dzień siedzieć w bunkrach, a wieczorem dopiero można było wyjść na wioskę. Samo zachowanie ich miało być bardzo konspiratywne."

6 grudnia 1946 r. sotnia M-l "Kalinowicza" napadła na Tarnogród. Na akcję wyruszono ok. godz. 13. Około godz. 17 sotnia dotarła do Cieszanowa, gdzie zarządzono odpoczynek. "Po jednogodzinnym odpoczynku - czytamy w sprawozdaniu "Kalinowicza" -  powrócił zwiad i zgłosił, że WP w Tamogrodzie nie ma. (...) Po tym oddz. wszedł do miasta. Przed wejściem do miasta przednie zabezpieczenie zatrzymało dwóch Polaków-cywilów. Po przesłuchaniu ich, skąd idą, jednego zatrzymano, a drugiego wysłano na posterunek MO (...) z zawiadomieniem, ażeby w przeciągu dwóch godzin nie strzelali, a my ze swej strony ich również nie będziemy ruszać. W przeciwnym razie ich zlikwidujemy. (...) MO (...) przytrzymywało się (winno być: usłuchało przyp. G.M.) naszych przestróg i przez cały czas trwania akcji nie strzelało. (...) Późny czas przyczynił się do tego, że miasto było próżne i nie można było odszukać ludzi, które byli w posiadaniu kluczy od budynków, do których potrzebowaliśmy wchodzić, dlatego byliśmy zmuszeni sarni otwierać drzwi. Niektóre drzwi nie dawały się otworzyć, tak że byliśmy zmuszeni do użycia materiału wybuchowego. W składzie aptecznym spodziewanej ilości medykamentów nie było. Zabrano pewną ilość medykamentów w aptece, na które na żądanie właściciela wystosowano kwit. W urzędzie gromadzkim zabrano maszynę do pisania i cyklostyl. W składzie «Społem» okazało się biednie tak, że zabrane rzeczy nie odpowiadały spodziewanej się ilości. Zabrane artykuły załadowano na 4 podwody (...) o godz. 24-tej oddz. odszedł przez Różaniec w kierunku miejsca swego postoju." Dokumenty ukraińskie nic nie mówią o polskim pościgu.

14 grudnia upowcy zabili komendanta posterunku MO w Laszkach. 11 grudnia 1946 r. we wsi Młyny wojsko odkryło kryjówkę jednego z pododdziałów sotni "Kruka". "Wojsko Polskie - czytamy w ukraińskim meldunku - zegnało ludzi z wioski, żeby wykopali dół koło kryjówki. Następnie postawili w dole karabin maszynowy, strzałami z niego przedziurawili ścianę kryjówki, napchali przez nią słomy, oblali benzyną i podpalili." Partyzanci, gdy zaczęli się dusić dymem, popełnili samobójstwo.

W sumie zginęło dziesięciu członków UPA. Nie były to jedyne straty UPA poniesione w ciągu zimy, lecz jej dowództwo nie uważało ich za wysokie. Jak mówił członek sotni "Szuma", cytowany już Stecyszyn: "Podczas zimy spodziewaliśmy się akcji ze strony WP czy KBW. Do tego jednak nie doszło. W ciągu całej zimy straciliśmy pięciu ludzi zabitych. Takiego wyniku samiśmy się nie spodziewali."

Wiosną 1947 r. "Zalizniak" postanowił, na rozkaz dowództwa, część ludzi zdemobilizować i przerzucić na Ziemie Odzyskane. "W pierwszym rzędzie powinni wyjechać wszyscy chorzy. Zabezpieczyć się w dokumenty każdy z wyjeżdżających miał się sarn. Suma pieniędzy, jaką można było na ten cel wydać, nie miała być wyższa od 2000 zł. Chętnych na wyjazd było dużo. Najgorsze, skąd wziąć dokumenty. Zwolniliśmy wówczas około 15 ludzi z sotni, którzy mieli możność wystarać się o dokumenty, lub wyrobić je sobie konspiratywnie jeszcze w czasie zimy. Dalszą sprawą była sprawa zabezpieczyć się w żywność na okres 2-3 miesięcy, ażeby na wypadek dłuższych blokad czy akcji można było korzystać z tych magazynów."

Operacja „Wisła”

Na początku maja 1947 r. na północ od Przemyśla UPA przystąpiła do akcji zaczepnych. 2 maja sotnia "Kruka" spaliła wieś Korzenicę razem z przysiółkami. 8 maja 1947 r. sotnia "Kalinowicza" przeprowadziła "karną operację" w polskiej wsi Przymierki. "Celem wspomnianej operacji było: odebranie poukraińskiego mienia zrabowanego (...) od ludności ukraińskiej z okolicznych wiosek. Kiedy oddział wchodził do wioski, ludność zrobiła alarm, a miejscowa samoobrona poczęła w naszą stronę strzelać. Z naszej strony w stronę polskiej samoobrony padło kilka karabinowych strzałów. Oddział opanował wioskę. Prowidnyk «Wyr» chciał drogą porozumienia z miejscową polską ludnością dojść do zamierzonego celu. Kiedy jednak miejscowa samoobrona poczęła w naszą stronę strzelać, wtedy przystąpiliśmy do prowadzenia wyżej wspomnianej operacji siłą. Zdobyto: Zabrano 8 szt. krów, 7 szt. koni, 3 świnie, 3 pary butów, 1 parę trzewików, l płaszcz pałatkę, 1 marynarkę cywilną drelichową i 110 m drelichu. (...) W wyniku strzelaniny spłonęły trzy polskie zabudowania gospodarskie (...) Na zabrane bydło i rzeczy wystawiono gospodarzom pokwit. za wyjątkiem tych, którzy pouciekali z domów do pobliskiego lasu." Na szczęście, tym razem, obyło się bez ofiar w ludziach. Tego typu akcje zaczepne UPA musiała jednak szybko przerwać, gdyż po 20 maja rozpoczęła się w tym rejonie operacja "Wisła".  Jak zeznawał G. Stecyszyn: ,,O jakimś wystąpieniu przeciwko akcji przesiedleńczej nie mogło być mowy (...) Siedzieliśmy i patrzyliśmy co będzie dalej. Jedliśmy zepsute suchary i popijaliśmy wodą. Czas do czasu można było przynieść bochenek chleba z tych wiosek, których jeszcze nie przesiedlono. Było to jednak bardzo rzadko, bo nie było dużo chętnych iść po chleb, bo WP robiło zasadzki. Ludność również nie bardzo chciała z nami spotykać się, kładła się wcześnie z wieczora spać i w nocy za żadną cenę nie chciała wpuszczać nikogo do mieszkania. (...) Lasy, które do tego czasu były naszym schronieniem, zostały zupełnie opanowane przez WP." Nieco wcześniej Stecyszyn stwierdził: "W naszych szeregach zapanowała panika. Każdy pytał, co będzie dalej? Jak się to wszystko skończy?".

Przeciwko kureniowi "Zalizniaka" skierowano pododdziały 7 i 3 DP. Operacje prowadzone przez 7 DP trafiały przeważnie w próżnię, ale bardziej doświadczona 3 DP zadała poważne straty sotni "Szuma". Jeszcze w maju straciła ona ośmiu ludzi. W czerwcu pod Wierzbicą zginął cały rój z czoty "Łystoka", w Kornach czterech członków czoty "Gonty", w Żurawcach sam "Gonta" z trzema ludźmi. Wskutek takiego "wyłuskiwania" "Szum" stracił do końca lipca 99 ludzi (65 poległych i 34 ujętych). Pozostałe sotnie także poniosły straty, lecz znacznie mniejsze. Wyjątek stanowił oddział "Bryla", który już w maju stracił swego dowódcę. Po śmierci "Bryla" komendę przejął "Sahajdacznyj", który ocalałych strzelców poprowadził do ZSRS. Ciężka sytuacja sprawiła, iż z szeregów UPA coraz częściej dezerterowano. Wiele osób nie widziało dalszego sensu trwania w lesie.

Kureń "Zalizniaka" przetrwał jednak w swoich kryjówkach akcję "Wisła". Sotnie poniosły ogromne straty, ale żadna z nich nie została zniszczona. 29 lipca 1947 r. UPA odważyła się nawet na dokonanie napadu na posterunek MO w Nowej Grobli. Napastnicy zostali odparci, ale jeden z milicjantów zginął.

W sierpniu/wrześniu 1947 r. "Zalizniak" otrzymał rozkaz rozformowania swoich oddziałów. Zwolnieni ludzie mieli udać się do ZSRS lub na Ziemie Odzyskane. O przekazywaniu przez "Zalizniaka" polecenia demobilizacji ciekawie zeznawał Stecyszyn:

"Kwaterowaliśmy wówczas w Lasach Siedliskich. (...) «Zalizniak» przyszedł do naszego obozu. Po przywitaniu się z «Szumem» zapytał: «Czy dużo ludzi wam pozostało?» «Szum» przedstawił stan. Po twarzy «Zalizniaka» przebiegł cień niezadowolenia, nie wiem o co mu chodziło. Dał rozkaz jak najszybciej ściągnąć wszystkich ludzi z sotni. Gdy to zostało zrobione, po odebraniu raportu od «Szuma» odwołał nas obu na stronę i zapytał: w jaki sposób załatwić sprawę z tymi ludźmi? Odpowiedziałem wówczas, że nie wiem. On odpowiedział, że wszyscy muszą przejść na terytorium ZSRS. Zapytałem, a jeżeli ktoś nie zgodzi się. Rozgniewał się i powiedział do mnie, że zawsze mam do każdej sprawy jakieś zastrzeżenia. Powiedział, że my jesteśmy jeszcze wojsko i każdy rozkaz musi być wykonany. Postanowiłem nie zabierać w tej sprawie głosu. Wówczas «Zalizniak» wystąpił przed front i zapytał: kto chce z was iść do amerykańskiej strefy okupacyjnej? 3-4 ludzi podniosło ręce. Kazał im wystąpić. Potem dobrze na nich nakrzyczał, wy chcecie dobrze żyć i jeść czekoladę. Przeznaczył ich do grupy, która miała pierwsza przejść granicę do ZSRS. Całość zebranych przedzielił na dwie grupy po 15 ludzi każda i grupy te miały przejść na stronę ZSRS. Następnie rozmawiał z każdym z osobna. Jak później dowiedziałem się, w tej rozmowie radził on każdemu iść do rodziny i tam jakoś urządzić sobie życie. Starać się o ile to możliwe żyć życiem legalnym. Przed opuszczeniem tych terenów dał rozkaz wypalić wszystkie wioski wysiedlone. Nad ranem rozeszliśmy się.

"Zalizniak" razem z dwoma ludźmi ochrony do października 1947 r. przebywał w Lasach Sieniawskich. Następnie przeszedł na Słowację do swoich rodziców zamieszkałych w Wielkich Kapuszanach. Tam mieszkał do lat sześćdziesiątych, kiedy został rozpoznany i aresztowany.


Wszystkie prawa zastrzeżone. Wykorzystanie powyższego tekstu w druku lub w formie elektronicznej - bez zgody autora - zabronione. Zabronione jest również kopiowanie niniejszej internetowej wersji tekstu bez zgody autora strony.

POWRÓT DO STRONY GŁÓWNEJ