To zdjęcie jest szczególną pamiątką. To było chyba we wrześniu. Jechałem takim oto szlakiem: pociągiem z Lubaczowa do Dziewięcierza, następnie rowerem - przez Niwki do Polanki Horynieckiej i Brusna. Nie zapomnę strasznej piaszczystej drogi od staniny koni do okolic Polanki. Potem były następne atrakcje - ale już nie tak straszne. Otóż droga, którą jechałem wiła się wzdłuż rzeczki Brusienki. Wiła się w sposób szczególny: dokładnie siedem razy przekraczała Brusienkę biegnąc to po jednej, to po drugiej stronie strumienia. Oczywiście nie było mowy o jakichś kładkach czy czymś podobnym. Po prostu trzeba było zdejmować buty i przeprawiać się z rowerem na drugą stronę. Po kilku razach doszedłem do wniosku, że nie warto ich zakładać i dalej podążałem bez butów. Teren jest tam przepiękny i ani chwili nie żałowałem wyboru tej właśnie trasy. Wreszcie skończyły się przeprawy i - ku mojemu zdumieniu - poczułem, że jadę po drodze utwardzanej, choć porośniętej niską trawą. Miejsce było niezwykle malownicze: po lewej Brusienka płynąca wśród drzew, po prawej - niewysoka skarpa (3- 4 metry), również porośnięta. Dolinka była wąska - nie więcej niż 10 metrów między drzewami i skarpą. W pewnym momencie ujrzałem zejście do wody. Po ok. 10-20 metrach dotarłem do samej Brusienki płynącej spokojnym nurtem w dość ciemnym lesie. Rzeczka rozlewała się malowniczo, lecz była bardzo płytka. I nagle - zobaczyłem. Prawie na wprost, po drugiej stronie na skarpie - duży krzyż z dziwnymi napisami.